X




[ Pobierz całość w formacie PDF ]
.Podziękowałemza kolacjęiżyczyłemim dobrej nocy.Betty czekała wkorytarzu z moim kapeluszem i płaszczem; spojrzałem na nią i wuszachzadzwięczały mi słowaRodericka: "Za kogo ty się uważasz?Jesteś nikim!".191. Pogoda wciąż była paskudna, co do reszty zwarzyło mi humor.Jechałem do domu coraz bardziej rozżalony i zły; prowadziłem nieuważnie, szarpałem kierownicą,a raz zbyt ostro wjechałem w zakręti o mało nie wypadłem z drogi.Próbując się uspokoić, siedziałemdo pózna nad papierami, ale gdy wreszcie poszedłem dołóżka,sennienadchodził i leżałem długo w oczekiwaniu, aż zadzwonitelefoni będę mógł skierowaćmyśli ku jakiemuś nagłemu przypadkowi.Ale się nie doczekałem.Wreszcie zapaliłem światło i poszedłemsięnapić.Po powrocie do łóżka mój wzrok padł na starą fotografię,w ładnej, rogowejramce: cały czastrzymałem ją na nocnym stolikuwraz z pamiątkowym medalem.Podniosłem ją i spojrzałem na twarzmojej matki.Następnie przeniosłem wzrok na dom za jej plecamii moje myśli tradycyjnie powędrowały do jegoobecnychmieszkańców.Byłem ciekaw, czy onidla odmiany śpiąspokojnie, leżącw swych wyziębionych, oddzielnychpokojach.Pani Ayres podarowałami zdjęcie w lipcu, teraz mieliśmy początek grudnia.Jakim cudem,zapytałem sam siebie,w ciąguparu zaledwie miesięcy moje życie takdalece splotło sięz życiem tej rodziny, by zasiać we mnie tak wielkiniepokój?Alkohol stępił gniew iwreszcie udało mi się zasnąć.Ale był to niespokojny sen i gdy tak leżałem nękany koszmarami, w Hundreds Haliwydarzyło sięcoś strasznego.ROZDZIAASI�DMYA było to tak.Kiedy wyszedłem, pani Ayresi Carolinespędziływ salonikukolejną godzinę, po czymzaniepokojonamoimi aluzjami Carolineposzła zajrzeć do brata.Zastała go rozwalonego na fotelu z otwartymiustami oraz pustąbutelką pod pachą, i niezdolnego dorozmowy.Rozzłoszczona, w pierwszym odruchumiała ochotę go zostawić, "a niechsię kisi".Ale tak na niąspojrzał, żezachwiała sięw swoimpostanowieniu, dostrzegłabowiem wjego oczachcień dawnego Rodericka.I ażjej ręce opadły na myśl o ich rozpaczliwym położeniu.Uklękłaoboki wziąwszyjego dłoń, oparła na niej czoło.- Co się z tobą stało, Rod?- spytałacicho, - Zupełnie cię niepoznaję.Tak bardzo mi ciebie brakuje.Jakdo tegodoszło?Musnąłpalcami jej policzek, lecz nie odpowiedział, może niemógł.Posiedziała tak przez chwilę, po czym zebrała sięw sobiei stwierdziła, że trzeba gopołożyć.Domyśliła się, że musi skorzystaćz łazienki, toteżpomogłamu wstać, a kiedy wrócił, przytrzymującsięścian, zdjęła mu butyi kołnierzyk, a następnie uwolniła od spodni.Po wypadkuczęsto pomagała mu się ubierać i rozbierać, nie byłato dla niej żadna nowość.Powiedziała mi pózniej, że gdy tylko przyłożył głowędo poduszki, zasnął jak niemowlę.Chrapał przy tymstraszliwie i cuchnął jak gorzelnia.Leżał na plecach; pomna tego,czego nauczono ją w czasie wojny, postanowiła przerzucić go na bok,193. na wypadek gdyby zwymiotował.Jednakże leżał jak kłoda i w końcu,zmęczona i zła, zmuszona była dać za wygraną.Okryła gostarannie kołdrą, a potem podeszła dokominka,odsunęła parawan idorzuciła drewdo ognia.Następnie z powrotemzasunęła parawan, byłatego pewna, podobnie jak tego, że wżadnejpopielniczce nie tliły się niedopałki, a lampy i świece były pogaszone.Wróciła dosaloniku i kolejne pół godziny spędziła z matką.Położyłysię dobrze przed północą; Caroline poczytała jeszcze dziesięć, piętnaście minut, poczymzgasiła światło i zaraz zasnęła.Obudziła siękilka godzin pózniej -jak się okazało, około wpółdo czwartej - na cichy, aczniebudzący wątpliwości brzęk tłuczonegoszkła.Rozległsię tuż pod jej oknem, czyli dochodził z pokoju brata.Przestraszona usiadła na łóżku.Przyszło jejdo głowy, że Rod pewniesię obudził i łazi po omacku; tylko tego brakowało, żebyprzyszedłna górę iobudził matkę.Z rezygnacją dzwignęła się złóżka i włożyła szlafrok;właśnie zbierała się wsobie, aby zejśćna dół isięz nimrozprawić, gdy naraz przeszło jej przez myśl, że może to wcale nieRoderick, tylkowłamywacz.Pewnie za bardzo wzięła sobie do sercaopowieść o piratach z nożami w zębach.Tak czy inaczej,podeszłana palcach do okna, odsunęła zasłonę i wyjrzała na zewnątrz.Zobaczyła ogród skąpany w żółtym, ruchliwymświetle, poczuła dym- i zrozumiała, że siępali.Mieszkańcywielkich domów, takich jak Hundreds Hali, żyjąw ciągłymstrachu przed ogniem.Raz, może dwa razy doszło kiedyś doniegroznego pożaru w kuchni, ale ugaszono go z łatwością.W czasie wojnypani Ayres panicznie bała się nalotów, wzwiązkuz czym na każdympiętrze trzymanowiadraz piaskiem i wodą, wężei hydropulty, jak się okazało, zupełnieniepotrzebnie.Teraz wszystkoleżało pochowane głębokoi nie było gaśnic, w piwnicyzachowały siętylko skórzanewiadra, wiszącerzędem na jednej ze ścian,zmurszałei pewnienieszczelne, trzymane bardziej z uwagina walory historyczne, aniżeli funkcjonalność.Aż dziw bierze, że Caroline, świadomatego wszystkiego, zachowała zimną krew.Ba, wyznała mi pózniej,194że na widok żółtego światła, przez jedną, obłąkańczą chwilę odczuwała coś na kształtpodniecenia.Pomyślała sobie, że jeśli pożar strawidom, wszystkie problemy miną jak rękąodjął.Uświadomiła sobieogrom pracy włożonej weń w ostatnich latach,hektary wypastowanychpodłóg,dziesiątki wypolerowanychszyb i talerzy, i zamiast przerazićsię wizją ich utraty, gotowa byłaposłaćje na zatracenie, a niechsczezną w ogniu.Nagle przypomniała sobie brata.Porwała dywanik sprzed kominka oraz koce z łóżka i popędziła na dół,wołając po drodze matkę.Na parterze dym rozpanoszył sięna całego,zasłaniał widok i gryzłw oczy.Pobiegła do łazienki zamoczyć koce i ręczniki.Szarpnęłazasznur od dzwonka, raz, a potem drugi, pewnietak samo jak wcześniej Roderick.I gdy pozbierałamokre koce iręczniki, by następniewybiec znimi na korytarz, zsutereny wyłoniła sięprzestraszona Betty,nabosaka i w nocnej koszuli.- Przynieś wodę!- krzyknęła do niej Caroline.-Pali się!Nieczujesz?Przynieś pościel, cokolwiek!Szybko!I przyciskając do piersi ociekające koce,pognała bez tchudo pokojuRodericka. Kaszel chwyciłją jeszczeprzed drzwiami.Kiedyweszła do środka,dym był tak gęsty i piekący jak w ćwiczebnej komorze gazowej, wktórejtrenowała podczas służby pomocniczej.Oczywiście wówczas miałaprzy sobie maskę,chodziłoo to, aby ją prawidłowo założyć.Teraz niepozostawało jej nicinnegojak zanurzyć nosw mokrymtobołku i brnąćnaprzód.%7łar był potworny.Zewsządotaczały ją płomienie, jak gdybypożar rozprzestrzenił się w całym pokoju, i na jedną,strasznąchwilęogarnęło ją przerażenie,że będzie musiała zawrócić.I zawróciła,kompletnie tracącgłowę, przerażona bez granic.Widząc płomienie,wściekle zamachnęła się kocem, a potem rzuciła się na kolejne zródłoogniaizdusiła je dywanikiem.Zobaczyła, że Betty wraz z matkąstoją obok i robią to samo.Dym wzbił sięw góręi na chwilę rozrzedził;zobaczyła Rodericka, który leżał w łóżku, tak jak gozostawiła,kaszlący ina pół przytomny, jakby dopiero się ocknął.Dwie zasłony195. w oknach stały w płomieniach, pozostałe dwie spłonęły do cna i właśnie rozpadały się na kawałki.Rzuciłasię w ich stronę i otworzyłana oścież drzwi ogrodowe [ Pobierz całość w formacie PDF ]
  • zanotowane.pl
  • doc.pisz.pl
  • pdf.pisz.pl
  • milosnikstop.keep.pl