X




[ Pobierz całość w formacie PDF ]
. Dzięki Bogu, że ugryzł ją jej własnypies.To taka osoba, która z byle powodu zaczyna krzyczeć o procesie. Wie już pani, co mogło być powodem tej awantury? Nie, doktor Etheridge też nie.Może upał po deszczu.Doktor Etheridge mówił, żesłyszał o czymś takim na jakiejś konferencji.Pewna pani weterynarz z Kalifornii opowiadała,jak przed ostatnim silnym trzęsieniem ziemi na wszystkie zwierzęta w jej klinice padł  urokdzikiego szału , jak to nazwała. Doprawdy? W zeszłym roku mieliśmy trzęsienie ziemi w Maine  powiedziała pani Alden.Mam nadzieję, że nie będzie następnego.Ta elektrownia atomowa w Wiscasset jest za blisko,żeby można było spać spokojnie.Gard mógłby coś na ten temat powiedzieć, pomyślała Bobbi.Jeszcze raz podziękowała, poczym odłożyła słuchawkę.Wróciła do pikapa.Peter spał.Kiedy Anderson wsiadła, otworzył oczy, ale zaraz zamknąłz powrotem.Położył pysk na łapach.Siwizna na pysku zaczęła zanikać.Nie byłowątpliwości, absolutnie żadnych wątpliwości.� propos, jak to coś działa na ciebie?Zamknij się, dziadku.Pojechała do domu.Wzmocniwszy się jeszcze jedną szkocką  słabą  weszła dołazienki i stanęła blisko przed lustrem, najpierw badawczo obejrzała swoją twarz, a potemprzeczesała palcami włosy, które uniosła i którym pozwoliła opaść. Siwizna była tam, gdzie przedtem  jeśli wzrok jej nie mylił, nie ubyła ani jedna nitkaspośród tych, które dotąd zdążyły się pojawić.Nigdy nie sądziła, że ucieszy ją widok siwych włosów, ale dziś się ucieszyła.W pewnymsensie.6Przed wieczorem na zachodzie zaczęły się gromadzić ciemne chmury, a zanim zapadłzmierzch, rozległy się pierwsze grzmoty.Wyglądało na to, że miały wrócić deszcze,przynajmniej na jedną noc.Anderson wiedziała, że wypuści dziś Petera na dwór tylko po to,żeby załatwił najpilniejsze psie sprawy, ale nic poza tym; od szczenięcych lat beaglepanicznie bal się burzy.Anderson siedziała na fotelu bujanym przy oknie i gdyby ktoś ją teraz zobaczył, zapewnedoszedłby do wniosku, że czyta, ale tak naprawdę brnęła przez książkę; brnęła przez pracę Wojna osadników a wojna secesyjna z uporem godnym lepszej sprawy.Tekst był nudny jakflaki z olejem, ale Anderson sądziła, że okaże się niezwykle przydatny, gdy w końcu zabierzesię do następnej rzeczy& co powinno nastąpić już niebawem.Ilekroć przetaczał się grzmot, Peter przysuwał się coraz bliżej fotela, wyglądał przy tym,jakby uśmiechał się ze skruchą.Tak, nic mi się nie stanie, wiem, wiem, ale podejdę troszkębliżej, dobrze? I jeżeli naprawdę potężnie huknie, chyba wypchnę cię z tego pieprzonegofotela, co ty na to? Nie masz nic przeciwko temu, prawda, Bobbi?Burza rozpętała się dopiero po dziewiątej, ale kiedy się już zaczęła, Anderson nie miaławątpliwości, że czeka ich porządna nawałnica  taka, jaką mieszkańcy Haven nazywali prawdziwym Jezusmaria.Poszła do kuchni, poszperała w dużej szafie ściennej, którasłużyła jej za spiżarnię, i na górnej półce znalazła lampę gazową Colemana.Peter szedł za niąkrok w krok z podkulonym ogonem i wciąż tą samą skruszoną miną.Wychodząc ze spiżarni zlampą, Anderson omal się o niego nie potknęła. Pozwolisz mi przejść, Peter?Pete cofnął się odrobinę, przepuszczając ją& by po chwili z powrotem przypaść jej dokostek, gdy grzmot wstrząsnął szybami w oknach.Kiedy Anderson siadała na fotelu,błyskawica rozświetliła pokój błękitnobiałym blaskiem, a telefon wydał pojedynczy dzwięk.Wiatr zaczął przybierać na sile, szumiąc w gałęziach drzew.Peter siadł kamieniem przy fotelu, spoglądając błagalnie na Anderson. No dobrze  powiedziała z westchnieniem. Chodz, bałwanie.Pies nie dał się dwa razy prosić.Wskoczył Anderson na kolana, wymierzając jej przy tymsolidny cios łapą w krocze.Prawie zawsze walił ją w to miejsce albo w pierś; wcale niecelował  działo się tak w jakiś tajemniczy sposób, podobnie jak winda niezmienniezatrzymuje się na każdym piętrze, kiedy akurat się spieszysz.Jeżeli istniał środek obronyprzed atakiem Petera, Bobbi Anderson musiała go znalezć.Niebo rozdarła błyskawica.Peter wtulił się w Anderson, którą uderzył w nozdrza jegozapach  Eau de Beagle. Może od razu na mnie naskoczysz i załatwisz to od razu, co, Pete?Peter posłał jej pełen skruchy psi uśmiech: Wiem, wiem, przestań mi to ciągle wypominać.Wiatr przybierał na sile.Zwiatła zaczęły mrugać, co niezawodnie oznaczało, że RobertęAnderson i Centralny ZakładEnergetyczny Maine czeka czułe rozstanie& przynajmniej do trzeciej lub czwartej nadranem.Anderson odłożyła książkę i objęła psa.Naprawdę nie miała nic przeciwko burzom,od czasu do czasu przetaczały się latem, ani przeciwko śnieżycom atakującym miasteczkozimą.Podobała się jej ich ogromna siła.Lubiła widok i odgłos tej potęgi, która okrutnie i ześlepą stanowczością rozprawiała się z jej ziemią.W działaniach takich nawałnic wyczuwała pewną pozbawioną wrażliwości litość.Czuła, jak ta burza działa na nią  włoski naramionach i karku zjeżyły się lekko, a błyskawica, która przecięła niebo szczególnie blisko,niemal ją naelektryzowała.Anderson przypomniała sobie dziwną rozmowę, jaką odbyła kiedyś z Jimem Gardenerem.Gard miał w czaszce stalową płytkę  pamiątkę po wypadku na nartach, w którym omal niezginął w wieku siedemnastu lat.Gardener opowiadał jej, jak kiedyś, gdy zmieniał żarówkę,okropnie poraził go prąd, gdy przez przypadek wsunął do oprawki palec wskazujący.Niebyłoby w tym nic niecodziennego, gdyby nie fakt, że przez następny tydzień słyszał w głowiemuzykę, spikerów i wiadomości.Twierdził, że przez pewien czas miał wrażenie, jakbywariował.Czwartego dnia Gard zidentyfikował nawet sygnał stacji, którą odbierał: WZON,jedna z trzech stacji radiowych w Bangor nadających na falach długich.Zapisał sobie tytułytrzech nadawanych kolejno piosenek, a potem zadzwonił do radia, aby sprawdzić, czynaprawdę je grali  razem z reklamą restauracji polinezyjskiej Singa, dealera Subaru orazMuzeum Ptaków w Bar Harbor.Grali.Piątego dnia sygnał zaczął zanikać, a dwa dni pózniej umilkł zupełnie. Wszystko przez tę cholerną płytkę w głowie  mówił, lekko stukając pięścią w bliznęna lewej skroni. Bez wątpienia.Mnóstwo ludzi na pewno miałoby kupę śmiechu, ale jajestem absolutnie pewien.Gdyby tę historię opowiedział jej ktoś inny, Anderson pomyślałaby, że usiłuje ją nabrać,ale Jim nie żartował  wystarczyło spojrzeć mu w oczy, żeby się przekonać.Wielkie burze miały wielką siłę.Następna błyskawica rozświetliła niebieskim fleszem teren, który Anderson nauczyła sięuważać  tak jak jej sąsiedzi  za swoje podwórko.Ujrzała pikapa z pierwszymi kroplamideszczu na przedniej szybie; krótki podjazd z ubitej ziemi; skrzynkę pocztową z opuszczoną ibezpiecznie przyciśniętą do aluminiowej ścianki chorągiewką; skręcające się na wietrzedrzewa.Chwilę pózniej huknął grzmot i Peter przypadł do niej, skomląc.Zgasły światła [ Pobierz całość w formacie PDF ]
  • zanotowane.pl
  • doc.pisz.pl
  • pdf.pisz.pl
  • milosnikstop.keep.pl