[ Pobierz całość w formacie PDF ]
.Pod koniec rozpruły materac: tam, gdziespoczywało ciało jego ekscelencji, roiło się od czerwi; ucieszone wyskoczyły w górę, z wkładu z końskiego włosia - na nagłą wolność.Annie zrobiło się niedobrze.Mamy wojnę,pomyślała gorączkowo, nie możemy ot tak wyrzucić cennego końskiego włosia.Nagle dogłowy przyszedł jej kocioł do destylacji, który widziała w gorzelni.Przeniosły materac przezdziedziniec i wrzuciły zawartość do kotła, postawionego na równomiernym ogniu.Czerwieeksplodowały jak prażona kukurydza.Gdy nie było już widać oznak życia, końskie włosiezostało umyte i wysuszone na słońcu.Uzbrojona w dwie butelki okowity zaniosła na konieccenny ładunek do tapicera.Strych był pełen wysłużonych gratów i rupieci.Anna odkryła jedyną wartościowąrzecz: serię angielskich sztychów, stare sceny z polowań w mahoniowych ramach, dla którychznalazło się miejsce w korytarzach i holu.Poza tym spod brudu wyłoniła się przerażającailość kiczu, z czasów, kiedy przejawiano upodobanie do esów-floresów i złoceń.Annawszystko to kazała znieść na dziedziniec do publicznej sprzedaży.Obwieszczenie:  wszystkopo pięćdziesiąt fenigów przekazywano sobie z ust do ust.Z sąsiednich domostw tłumnienadchodziły Polki w znoszonych, nieforemnych strojach, z ciasno zawiązanymi chustkamiwokół bladych, krągłych twarzy.Na widok luksusowych przedmiotów rozkwitały; zbłyszczącymi oczami dotykały symboli bogatego i beztroskiego życia.Trwało to bez końca,aż wreszcie zdecydowały się na zakup czegoś, lecz wtedy w wielkim pośpiechu znikały, jakgdyby ktoś mógł im jeszcze odebrać nabytek - obity jedwabiem taboret lub ogrzewacz nadzbanek do herbaty w formie rokokowej damy.Gdy zwieziono z pola buraki cukrowe, polskie kobiety myły je, a słodkawe oparypowodowały u niektórych omdlenie.Pokrojone i wyciśnięte buraki przerabiano pózniej nasyrop.Wszystko wokół było lepkie i kleiło się.W nagrodę każda Polka otrzymywała worekburaków na własny użytek.- Czy możemy skorzystać z prasy.? - spytały na migi izademonstrowały zmieszane, jak ciężkie jest tłoczenie ręczne w płótnie.- Oczywiście -odrzekła Anna - my już skończyliśmy, nie będziemy jej już więcej potrzebować.- Kilkagodzin pózniej podszedł do niej Herr von Garlitz, ubrany do jazdy konnej.- Słuchaj no -zaczął przywoływać ją do porządku - co tam nawyrabiałaś, dałaś Polakom prasę! - Tak,czemu nie? - odrzekła zaczepnie Anna, rozdrażniona światowym, nonszalanckim strojem,kontrastującym z pracowitym gwarem dookoła.- Myślisz może - podniósł brodę - że Polacydaliby nam prasę, gdybyśmy to my byli w Polsce jako przymusowi robotnicy? - Patrzył na niąkarcąco i sam odpowiedział: - Na pewno tego nie zrobiliby, bo nas nienawidzą.- Ale myprzecież nie czujemy do nich nienawiści - odparła Anna - zresztą, skoro Polacy są o wielegorsi od nas, jak pan mówi, a ja powinnam wziąć z tego przykład i być taka jak oni, wtedy niebędziemy od nich o włos lepsi i nie będziemy mieli prawa domagać się, żeby byli nam posłuszni.- Pokręcił głową nad tym paradoksalnym tokiem rozumowania.- To sąUntermenschen1 - rzekł z godnością.- Jeśli oni są Untermenschen, a my jesteśmyHerrenmenschen2, jak pan mówi - dyplomatycznie dobierała słowa - to nie mogę przecież byćtaka jak Polacy, czyli muszę być taka jak my, a mianowicie Herrenmensch? - Całą tę ideęUntermensch, Herrenmensch, �bermensch uważała za śmieszną.Jednakże intuicyjnieposiadała wystarczające politycznie wyczucie, że wobec sługusa F�hrera nie może tegogłośno powiedzieć.Von Garlitz zmarszczył brwi.Ta dialektyka przerastała go.Poczuł chyba,że został zbesztany przez samowolną, ale niestety niezbędną reprezentantkę służby, któraswej władzy nad całym gospodarstwem bezczelnie użyła przeciw niemu, chlebodawcy.Miałjuż tego dosyć, lekko zmieszany oddalił się krótkim, miarowym krokiem, z pochyloną głową.Otrząsając się ze zdenerwowania chłostał co rusz jakieś drzewo swym pejczem.Nadmiar pracy skrócił czas między dwoma listami przesłanymi przez Feldpost.Martinpisał o pięknie słonecznikowych pól i że na jakimś targu znalazł skrzynię z książkami.Przesłał jej też przepis na barszcz.Panowała dziwna sprzeczność między hałaśliwieogłaszanym w radio triumfalnym pochodem Wehrmachtu, a listami Martina, w których nigdynie zabrzmiał wystrzał broni, nigdy nie zapłonął dom, które tchnęły spokojem.Jesieniąstacjonował pod Tułą.Gdy nastały mrozy i wszystkie kobiety robiły na drutach, chcącprzepędzić z tundry mróz, Anna wysłała mu paczkę w złudnej nadziei, że znajdzie ona swądrogę w tej rozległej krainie.Pogłoski o żołnierzach, którzy polegli, były coraz częstsze,anonimowe zagrożenie zdementowane zostało przez Wochenschau, gdzie żołnierze w swychśniegowych jamach ożywieni palili papierosy.Tymi, którzy najpierw ginęli, byli dalecykrewni, koledzy ze studiów, znajomi znajomych - pózniej bracia, narzeczeni, ojcowie.Jednakże w listach Martina zima miała czechowowskie piękno.Zakwaterowano go wraz ztowarzyszami w gospodarstwie, w którym był fortepian.Fortepian pośród niekończących sięzaśnieżonych pól był jednak mocno rozstrojony przez mróz.Rodzina spała na zapiecku.%7łołnierze ściągnęli z niego materace i wspólnymi siłami władowali nań fortepian.Ten szybkosię rozmroził i teraz każdego wieczora muzykowano.Na uprzejme przeprosiny Martina chłopodparł, że słuchanie Mozarta i Bacha ważniejsze jest niż ciepło w nocy.Im barwniejsze byłyopisywane wydarzenia, tym nieufniejsza stawała się Anna.Jeden z rosyjskich jeńców pełnił wyjątkową funkcję: jego zadaniem było rozpalanie wpiecach kaflowych zamku i utrzymywanie w nich ognia.Z koszem pełnym drew, chodziłkażdego dnia po pokojach.Nikt go nigdy nie zagadywał - traktowanie Rosjan jako istot1(niem.) - podludzie2(niem.) - nadludzie, rasa panów ludzkich było karalne.Pewnego dnia Anna znalazła się z nim w jednym pokoju.Lękliwie,prawie niezauważalnie, wykonywał swą pracę, jakby sam był przekonany, że nie ma innejracji bytu, poza dostarczaniem ognia.Bez zastanowienia zagadnęła go, ot tak po prostu,przecież oboje byli w tym samym pokoju.Ku jej zdziwieniu odpowiedział łamanąniemczyzną, a do tego okazało się, że ma na imię Wilhelm: gdy cesarz niemiecki składałwizytę carowi, wszyscy nowonarodzeni dostali na chrzcie imię Wilhelm.Jeszcze jedenchrześniak cesarza, śmiała się w duchu Anna.Jego wywód pełen był delikatnie wibrującychrosyjskich spółgłosek.Po tym pierwszym poznaniu można ją było regularnie znalezć wpomieszczeniach, w których rozpalano w piecu.Szeptem powiedział jej, że ludzie w stajniachcierpią głód, brakuje wszystkiego.Zaczęła wykradać dla nich jedzenie z kuchni [ Pobierz całość w formacie PDF ]
  • zanotowane.pl
  • doc.pisz.pl
  • pdf.pisz.pl
  • milosnikstop.keep.pl